tytuł notki


12:26:41 2012-01-12

Aj.

Znowu budzę sie rano z obolałymi piersiami i uczuciem mdlenia w żołądku. Wiem, że nie powinnam się przejmowac, ale jednak... Jakiś niepokój zaczyna się we mnie mościc i i irytująco podgryzac: " A może..? Może tym razem nie udało ci się wyjsc z tego calo, może jego plemnik naruszył delikatną strukturę Twojego organizmu i zaczyna się w Tobie rozwijac mały potworek? Byłaś chora, hormony mogły nie zadzialac!" I potem cały czas chodzę i wsłuchuję się w swój organizm, czy bardzo mdli, czy jajniki i piersi bardzo bolą,  czy nie pojawiają się inne symptomy... Zrobiłam już chyba milion testów, odkąd jestem chora.

Hiperproaktynemia to straszna rzecz, ciągle czuję się, jakbym była w ciąży. Mam dośc tego stresu i nieprzyjemnych objawów.

 

A i znowu przytyłam. Wyglądam jak świnia.



skomentuj (1)

23:05:13 2011-11-27

Mam dośc

tego cholernego kultu ciała. Ze nie wystarcza, że zaraz mam obronę, potem poprawiam maturę i robię drugie studia. Że jestem w miarę zabawna i inteligentna. Ale niestety, na bycie fajną mam za wielki tyłek, "Przykro mi, fajni ludzie kończą się na rozmiarze 38". Ej, przecież nie jestem aż tak tragiczna. Nie trzeba się za mnie wstydzic w towarzystwie, że palnę jakąś piramidalną głupotę. Ale co z tego? Oddałabym swoją pseudomądrośc za dlugie, szczupłe nogi, jędrne, zgrabne cycuszki i płaski brzuszek. I twarzyczkę lalki Barbie. Bo głupota mniej się rzuca w oczy.

 

Aj, czuję się brzydka.


Tagi: odchudzanie, kult ciała

skomentuj (8)

14:07:38 2011-08-13

W zasadzie to ja już w miłość nie wierzę.

W ogóle w mało rzeczy wierzę, no może trochę w Boga i przyjaźń.

Ale nie wierzę, że można kochać i być szczęśliwym, i że to uczucie może przetrwać lata. Bo moje nie przetrwało. Nie przetrwało mimo wysiłków i starań. 

Mój związek z P. zapowiadał się pięknie, chociaż początki były straszne.

Jako płaczliwy, skupiony na sobie jedynak rzadko zastanawiał się, co inni mogą czuć i jak zareagują na to, co powie lub zrobi. Dużo pracy musiałam włożyć w to, żeby zawsze kierował się zasadą „pomyśl jak ty byś poczuł się w danej sytuacji”. Za nim do tego doszło, nasłuchałam się o jego byłej dziewczynie, ciągle o niej mówił, że tylko ją kocha itp. Jakiś  czas znosiłam to dzielnie, pocieszałam i wycierałam nos, a w głębi duszy cierpiałam, bo wydawało mi się, że tak trzeba, że to jest zapłata za posiadanie takiego fantastycznego faceta. 
Aż pewnego dnia przyszło otrzeźwienie: „ej, coś tu nie gra! To chyba JA jestem twoją dziewczyną!” I choć wewnątrz wyłam jak pies, spokojnym głosem zaproponowałam mu zakończenie znajomości, jako że ja nie mam zamiaru rywalizować z duchem jego byłej, ponieważ jestem tylko człowiekiem i w konkurencji z wyidealizowanym bytem nie mam szans. Wtedy chyba dotarło do niego, że zachowuje się wobec mnie jak dupek (za przeproszeniem) i w efekcie przestał rozpaczać po „ukochanej”. A przynajmniej tego nie werbalizował.

Czy potem nasza miłośc sunęła niczym bezpieczna łódź po znanych, spokojnych wodach?

No jasne, że nie. 

Głównym utrudnieniem było to, że mieszkaliśmy w dwóch różnych miastach. I że na początku naszej znajomości on był niepełnoletni (młodszy ode mnie o rok). I że trochę narozrabiał, więc rodzice zabronili mu do mnie przyjeżdżać. 
Wiec ja jeździłam do niego autobusem, by spędzić razem jeden dzień. Zimą spędzałam w podróży nawet 6 h, czasem na stojąco. Ale co tam, miłość grzała i pchała, i skłaniała do poświęceń. Przecież było tak pięknie, duch byłej przepadł w mrokach niepamięci, a my mogliśmy przez kilka godzin patrzeć sobie w oczy i wzdychać, czasem się pocałować, albo kochać się w mieszkaniu babci (pod jej nieobecność).

I było pięknie, do czasu, kiedy KOGOŚ nie poznał

„Bo ty jesteś daleko, a ona jest blisko przy mnie i jest taka interesująca, i ma takie ciekawe hobby, a nasze rozmowy to są w sumie nudne bo my nie mamy już o czym rozmawiać…” – sms, jakżeby inaczej. „Ej, cholera, JA jestem daleko?! To ja do ciebie jeżdżę, ciułam kasę na bilet, a ty ani razu nie ruszyłeś swojego szanownego tyłka, żeby do mnie przyjechać! Spadaj na bambus, niewdzięczny kutafonie!”  
Nie, wcale tak nie zareagowałam. Płakałam i błagałam, żeby dał mi jeszcze jedną szansę, żeby nie przekreślał tego, co nas łączy. Byłam tak żałosna, że w zasadzie do dzisiaj się tego wstydzę. Ale cel swój osiągnęłam, po raz kolejny nasza miłość przetrwała burzę, choc tym razem straty były znaczne, bo ja bardzo długo nie mogłam pozbyć się lęku, że znowu może kogoś spotkać. Mieszkał wszak w dużym, pełnym kobiet mieście.

Co było potem?

Potem były wzloty i upadki, ale jakoś tak szczęśliwie było, naprawdę. Nasze rodziny się dogadywały, ja przestałam się martwic o jego znajomości z innymi kobietami, o przyszłość się nie bałam. Było tak sielankowo, że wszyscy już uznali za całkiem naturalne, że nasz ślub jest tylko kwestią czasu.

I wtedy zaczęłam się dusić. 

Byłam przerażona, jakbym jechała rozpędzonym pociągiem do miejsca, do którego dojechać nie chcę. A najgorsze, że nic nowego miało mnie już nie spotkać, bo doskonale znałam każdą mijaną stację, wiedziałam, co będzie za zakrętem. To był straszny okres, byłam zdołowana, rozdarta, nie wiedziałam co robic. Z jednej strony rozpacz i poczucie beznadziei, z drugiej – kochający (tak, tak) mnie facet o w gruncie rzeczy dobrym sercu (gdy „dorósł”, przeprosił mnie za wszystko, przyznał się do błedów i dziękował, że to wszystko przetrwałam), dorobek trzyletniego związku, stabilizacja… Przecież jestem straszliwym tchórzem, każda decyzja dużo mnie kosztuje, wolę przecież płynąc z prądem!  A jak już nikogo nie spotkam? Do końca życia będę sama? Przecież nie jestem za ładna, bardzo przeciętna raczej, a w dodatku mam parę kilogramów za dużo tu i ówdzie… Ale potem wyobraziłam sobie naszą wspólną przyszłość i zachciało mi się wyć z rozpaczy. Po prostu był dla mnie za dobry, chciał zamemłać mnie na śmierć. Skakał wokół mnie jak piesek, doprowadzał mnie do szału brakiem własnego zdania i wymuszał podejmowanie decyzji. Słodkie? Raczej wygodne. Jakby co, to było na mnie. A ja potrzebuję poczucia bezpieczeństwa, kogoś, kto potrafiłby się mną zająć, a nie dodatkowego dzieciaka, który nawet za bardzo sam za siebie nie potrafi odpowiadac.

Stałam nad głęboką przepaścią. Zamknęłam oczy i skoczyłam.

I gdy już myślałam, że się roztrzaskam, nagle wyrosły mi skrzydła.



skomentuj (5)

16:40:08 2011-08-01

Kto to powie pierwszy, przegrywa.

Ta nie niewinna gra zaczęła się na początku tego roku. Ja byłam z koleżanką, on z kumplami. Ja piłam, żeby zapomnieć o nieudanym sylwestrze, świeżo zakończonym związku, on tak po prostu umówił się na piwo…

 

Uratował mnie.

 

Uratował przed wszechogarniającą rozpaczą. Przed staniem się Panną Co-ja-najlepszego-zrobiłam i Na-pewno-już-nikogo-nie-spotkam. Zawdzięczam mu tak dużo.

Wiem, że czeka. Czeka na moje jedno, małe słowo. On już tyle razy mi je mówił, pokazywał, jak dzwięk może gładko przejść przez gardło, musnąć język i wydostać się na zewnątrz. Wystarczy zaokrąglić usta, a potem lekko je spłaszczyć. No spróbuj: KO – CHAM.

 

Przecież zawsze później można powiedzieć, że się żartowało. 


Tagi: miłośc, rozterki

skomentuj (1)